
Na środku Bałtyku, gdzie fale odbijały światło jak rozbite lustra, statek „Helena Morska” dryfował w ciszy. Marek — były marynarz, obecnie „dżentelmen od zadań specjalnych” — stał na pokładzie z radiem w uchu.
„Masz go na widoku. Sam na pokładzie. Teraz albo nigdy,” powiedział głos w słuchawce.
Marek nie polował na skarby. Polował na prawdę.
Na dziobie stał człowiek, który sprzedał tajne mapy szlaków rybackich obcym firmom. Gdy Marek podszedł, fale uderzyły w burtę, a statek zadrżał. Mężczyzna odwrócił się, zaskoczony.
Słowa nie były potrzebne. Krótka wymiana ciosów — bardziej jak taniec niż walka — zakończyła się, gdy Marek powalił go jednym, pewnym ruchem. Bez dramatów, bez krwi.
„Gotowe,” powiedział, wciskając przycisk w radiu.
Związał zdrajcę i posadził go przy relingu. W oddali pojawiła się łódź straży przybrzeżnej.
Marek spojrzał na fale. „Bałtyk pamięta. A ja tylko pilnuję, żeby pamiętał właściwie.”

Dodaj komentarz